To rozwiązanie daje firmie możliwość zaplanowania floty i jej kosztów na kilka lat. Finansowanie, ubezpieczenie, serwis czy inne elementy obsługi mogą zostać przekazane na zewnątrz, a po stronie przedsiębiorstwa pozostaje przede wszystkim nadzór i kontrola. Warunkiem jest oczywiście dobrze przygotowana i wynegocjowana umowa, która nie pozostawia dostawcy dowolności w późniejszej rekalkulacji kosztów.
Nie każda potrzeba przedsiębiorstwa trwa jednak trzy czy cztery lata. Wyobraźmy sobie firmę budowlaną, która wygrywa duży kontrakt. Projekt potrwa dziewięć miesięcy. Trzeba zatrudnić ludzi, wysłać ich na miejsce realizacji inwestycji i zapewnić im samochody. Kupno pojazdów oznaczałoby, że po zakończeniu prac firma pozostanie z dodatkowymi autami. Nadal trzeba będzie je ubezpieczać, serwisować i utrzymywać, nawet jeśli kolejny projekt nie pojawi się od razu.
W takim przypadku naturalnym rozwiązaniem może być wynajem średnioterminowy, obejmujący okres od kilku miesięcy do około dwóch lat. Miesięcznie będzie z reguły droższy od kontraktu długoterminowego. Samochód jest bowiem użytkowany krócej, a jego koszt musi zostać rozłożony na znacznie mniejszą liczbę miesięcy. Nie oznacza to jednak, że z punktu widzenia całej firmy będzie droższy. Jeżeli alternatywą jest kupno pojazdu, który po zakończeniu projektu przez kilkanaście miesięcy będzie stał niewykorzystany, wyższa miesięczna rata może w końcowym rozrachunku oznaczać niższy koszt. To samo dotyczy firm o sezonowym lub niestabilnym zapotrzebowaniu. W takich przypadkach elastyczność może być warta więcej niż najniższa cena pojedynczej raty.
Cena samochodu niewiele mówi o tym, ile będzie kosztował
Jednym z największych błędów przy wyborze floty jest porównywanie samych cen zakupu albo miesięcznych rat. Samochód kosztujący 100 tys. zł nie musi być tańszy od samochodu kosztującego 130 tys. zł. Jeżeli pierwszy po kilku latach będzie można sprzedać za 40 tys. zł, a drugi za 75 tys. zł, początkowa różnica w cenie przestaje mieć takie znaczenie. Dochodzą do tego serwis, zużycie paliwa, ubezpieczenie, naprawy, opony, samochody zastępcze, szkody czy koszt sprzedaży pojazdu.
Dlatego podstawowym narzędziem przy podejmowaniu decyzji powinno być TCO – Total Cost of Ownership, czyli całkowity koszt użytkowania samochodu. Różnice, które na pierwszy rzut oka wyglądają niepozornie, po kilku latach zaczynają mieć bardzo konkretną wartość. Jedna marka może wymagać serwisu co 15 tys. km, inna co 30 tys. km. Przy przebiegu 150 tys. km oznacza to odpowiednio dziesięć i pięć wizyt serwisowych. Jeżeli pojedynczy serwis kosztuje 1500 zł, różnica tylko w tym jednym elemencie może wynieść 7500 zł. Podobnie jest ze spalaniem. Różnica jednego litra paliwa w całym okresie użytkowania samochodu przy przebiegu około 120 tys. km może oznaczać dodatkowe 7 – 8 tys. zł kosztu na jednym pojeździe.
Do TCO trzeba włączyć również rzeczy, o których firmy często przypominają sobie dopiero wtedy, gdy pojawia się problem: koszt samochodu zastępczego, czas oczekiwania na części po szkodzie, likwidację szkód, parkingi czy zasoby ludzkie potrzebne do zarządzania flotą. Sama rata jest więc tylko fragmentem całej układanki.
smart-magazine. pl
87